Bestia
Joseph Conrad
BESTIA
Wchodząc z zalanej deszczem ulicy do baru „Pod Trzema Koronami” wymieniłem z panną Blank uśmiech i spojrzenie. Odbyło się to w sposób nader uprzejmy. Aż strach pomyśleć, że panna Blank, jeśli jeszcze żyje, musi mieć teraz przeszło sześćdziesiąt lat. Jak ten czas leci!
Zauważywszy, iż utkwiłem pytający wzrok w przepierzeniu ze szkła i lakierowanego drzewa, panna Blank raczyła odezwać się zachęcająco:
– Tylko pan Jermyn i pan Stonor są w bawialni, a z nimi jakiś dżentelmen, którego dotychczas nigdy nie widziałam.
Skierowałem się ku drzwiom bawialni. Głos rozprawiający po przeciwnej stronie (deski przepierzenia cienkie były jak z pudełka od zapałek) brzmiał tak donośnie, iż ostatnie jego słowa zadźwięczały wyraźnie w całym swym okrucieństwie:
– Ten hultaj Wilmot po prostu roztrzaskał jej łeb – toż to była uciecha!
Ale widocznie nie było w nich nic bezbożnego ani niewłaściwego, skoro nieludzkie te słowa nie zdołały nawet przeszkodzić pannie Blank w lekkim ziewnięciu, co usiłowała przysłonić dłonią; nie przestała też patrzeć uparcie w szyby, ociekające deszczem.
Gdy otwierałem drzwi, ten sam głos ciągnął z tym samym okrucieństwem:
– Ucieszyłem się, gdy usłyszałem, iż wreszcie ktoś się z nią rozprawił. Żal mi tylko tego biednego Wilmota. Swego czasu kolegowaliśmy z sobą. Oczywiście już po nim. Sprawa jest jasna, jeżeli w ogóle są jasne sprawy. Sytuacja bez wyjścia. Bez wyjścia.
Głos ten należał do jegomościa, którego panna Blank nigdy dotychczas nie widziała. Oparł on długie nogi o dywanik leżący przed kominkiem. Jermyn, pochylony ku przodowi, trzymał chustkę do nosa przed kratą kominka. Spojrzał posępnie przez ramię, ja zaś przemykając się poza jednym z drewnianych stolików skinąłem mu głową. Po drugiej stronie paleniska imponujący spokojem i wielkością, siedział pan Stonor, wtłoczony w obszerny fotel a la Windsor. Z wyjątkiem krótkich, siwych bokobrodów nie było w nim nic małego. Wiele, wiele jardów pierwszorzędnej niebieskiej materii (przerobionej na płaszcz) spoczywało na sąsiednim krześle. Musiał właśnie przyprowadzić jakiś statek z morza, gdyż drugie krzesło dusiło się pod ciężarem czarnego, nieprzemakalnego płaszcza, wielkiego jak prześcieradło, a zrobionego z potrójnego nasyconego olejem i zeszytego dwukrotnie jedwabiu. Podręczny pakunek zwykłych rozmiarów, stojący u jego nóg na podłodze, wydawał się dziecinną zabawką.
Nie ukłoniłem mu się. Był bowiem za wielki, by mu się kłaniać w takiej bawialni. Był starszym pilotem, pilotem Św. Trójcy i raczył prowadzić okręty wojenne jedynie w ciągu letnich miesięcy. Wielokrotnie powierzano mu jachty królewskie w obrębie portu Wiktoria i poza nim.
